Polityka wykorzystywania plików Cookies:
Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych. Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe. Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.
Nowe
08 marca 2017
06 marca 2017
03 lutego 2017
23 stycznia 2017
Podskórny Poznań

...a kraj był...

19 stycznia 2017
UUU(kołyszę cię) w UUU(topii)
Lucyna Marzec
wtorek, 06 grudnia 2016
 Teatr

Utopia jest rewersem melancholii, drugim obliczem nowoczesnego podmiotu, które zwraca się w stronę przeszłości, ale i przyszłości, by choć na chwilę oddalić się od rwącego i kłopotliwego „teraz”. „UUU(topia)” Ben J. Riepe Kompanie sięga do dalekiej przeszłości, poddaje krytyce teraźniejszość i daje wskazówki tym, którzy chcą choć na chwilę wejść w dobrą, wspólną przestrzeń, eutopię.

„UUUU(topia)” to długofalowy projekt multimedialny Ben J. Riepe Kompanie. Jedną z jego odsłon pokazano 5 i 6 listopada w ramach programu Stary Browar Nowy Taniec. Wcześniejszą – w formie instalacji – zaprezentowano podczas festiwalu Planet B. 100 Ideas for a New World w Düsseldorfie. Jego kurator, Alain Bieber za punkt odniesienia obrał „Utopię” Tomasza Morusa w 500-lecie jej pierwszego wydania. Na jego program złożyły się prezentacje wizji bliższej i dalszej przyszłości, tworzone i przetwarzane przez artystów wizualnych, performerów i aktywistów.

Poznański spektakl/performans/instalację poprzedziła trzytygodniowa rezydencja grupy i zaproszonych artystów, wspólnie tworzących surowe i – jak na możliwości Riepego, który lubi dekoracje, kostiumy, niezwykłe obiekty (zob. np. „Untitled. Persona”, 2015) – oszczędne scenograficznie widowisko.

Jeśli Utopia była dla Morusa wyizolowaną wyspą, miejscem szczególnym (nie-miejscem i dobrym miejscem zarazem), lecz nieruchomym, to utopijne idee okazały się wyspami dryfującymi po oceanach i przyjmującymi od czasu do czasu rozbitków: filozofów, artystów, ideologów. Projekt Ben J. Riepe Kompanie unaocznia, w jaki sposób ruchome utopie reagują na inne wyspy, kontynenty i prądy morskie – współtworząc dynamiczne, tymczasowe układy. Instalacja, podobnie jak taniec – jest działaniem w określonej przestrzeni. Sam tytuł „UUU(topia)”, odwołując się do projektu Morusa, wskazuje też na przestrzeń (topos), w której oddziałują na siebie trzy elementy: ruch, światło i dźwięk (stąd przeciągłe „UUU”, znane wielu językom naturalnym). Utopijna skłonność do porządku ujawnia się w kompozycji spektaklu: współdziałaniu światła, ruchu i dźwięku odpowiadają trzy kolejne części oraz układ sceny, z trzech stron okolonej pojedynczymi rzędami krzeseł.

Na początku jest archetypowa ciemność, która pragnie rozproszenia. W ciepłym świetle iskrzących delikatnie żarówek dostrzegamy tancerzy: leżą na podłodze, oddaleni od siebie. Każdy z nich pojękuje i wzdycha, jakby cierpiał. Coraz częściej i intensywniej pobłyskujące  światło pobudza postaci do ruchu, a jakaś siła wymusza w nich ekspresję werbalną. Jest ona równie gorączkowa i niezborna jak ciężkie ruchy, przekształcające się w drgawki. Poczucie braku kontroli nad wijącym się i drżącym ciałem równoważy kontrwysiłek ekspresji „ja”, podkreślany przez powolne powstawanie na nogi. Dyszące ze zmęczenia i bólu ciała ciążą ku sobie. Zbliżając się do źródła światła, tworzą krąg. Bliskość, fizyczna obecność i wspólnotowość przynoszą ukojenie: ciała przestają się poruszać, głosy milkną.

Wraz z ciszą powraca ciemność, którą zaraz rozprasza znów pełne, intensywne światło. Od tego momentu wspólnota konstytuuje się poprzez śpiew – mieszaninę słowiańskiego śpiewu białego, indyjskich melodii i innych, o równie archaicznych korzeniach. Wraz z rosnącym natężeniem muzyki krąg tancerzy rozrasta się w przestrzeni, tak jakby wspólna pieśń była cienkim, gęstym jedwabiem, trzymanym przez nich w dłoniach i rozpościeranym w równym tempie, aż stopy performerów niemal dotykają stóp publiczności. Rosną odległości między tancerzami nadal wiązanych zgodnym, coraz głośniejszym śpiewem, który przeszywa publiczność i wibruje, wypełniając przestrzeń. Biały śpiew, surowy i jasny, wyraża intensywność wspólnotowej więzi i jest przekaźnikiem jej energii. W sali panuje jasność podkreślająca pełną symbiozę ruchu, dźwięku i światła. Ale gdy nagle pieśń się kończy, surowy jedwab rwie się na strzępy. Ciała tancerzy rozluźniają się, każde ciąży w inną stronę. Następujące rozproszenie i ciemność są znakiem utraty cielesnej harmonii.

Radykalności tego cięcia wtóruje zmiana „dekoracji”. W półmroku tancerze zakładają sportowe, jaskrawe ubrania. Jeszcze w plemiennym – już nie ochronnym, lecz przedbitewnym geście – malują twarze neonowymi farbami. Jedna osoba (potem też druga) bierze w ręce reflektor, którym oświetla przez kilka sekund wybrane postaci. Postaci zalane ostrym, zimnym światłem zastygają w zmanierowanych pozach, przypominających modelki z okładek czasopism modowych. Tancerze, milcząc, patrzą wyzywająco na publiczność.

W ten sposób z archaicznej przeszłości i plemiennej symbiozy przenosimy się do współczesności. Jej znakiem – niemal jak w „Ferdydurke” Gombrowicza – są łydki tenisistek: dwie tancerki w charakterystycznych białych strojach rzucają sobie świecącą piłeczkę. Zdaje się, że sprawia im to trudność, jakby piłeczka ważyła tonę. Dopóki jednak nie osuną się z wyczerpania na podłogę – nie przerywają wysiłku. Nikt ich nie zauważa. Znów, jak na samym początku spektaklu, jego bohaterowie nie znają się i nie rozpoznają, choć znajdują się blisko siebie. Odblaskowe, neonowe wstawki w ich ubraniach zaczynają coraz intensywniej świecić w ciemnościach. Kolorowe, milczące, niemal nieruchome ciała odbijają zimne światło. Przypominają sztuczne satelity, które zakończyły już swoje misje. Niepotrzebne nikomu, donikąd nie dążą. Są same dla siebie – i nie ma ich wcale.

Rywalizujące ze sobą (na śmierć i życie) narcyzy i narcyzi tylko udają, że nie potrzebują słońca, że sami wytworzą dla siebie światło. Ich obojętność to znak wyjałowienia. Brakuje im naturalnej energii czerpanej z natury, którą symbolizują przyniesione na scenę pocięte pnie drzew. Są do nich bardzo podobni: jakby zatrzymani w procesie przemiany żywego drzewa w drewno – materiał użytkowy.

Riepe gotów jest ich ocalić. Kiedy energia odblasków maleje, z sufitu znów zaczyna migotać ciepłe światło. Coś drga także w ciałach aktorów – znów wchodzą w interakcję, formują krąg i zaczynają na siebie patrzeć. Zbliżeniu ponownie towarzyszy śpiew, tym razem oparty na nieartykułowanych dźwiękach, mantryczny i przenikliwy. Chór plemienny nie ma przywódcy – prowadzić może każdy, wymiennie i bez porządku. W końcu światło znów wygasa, a wyczerpani chórzyści padają na podłogę. Po minucie ciszy i my wychodzimy z utopii.

Podczas spektaklu przychodziły mi do głowy rwane, prędkie frazy „Instynktu pięknej Inez” Carlosa Fuentesa – powieści, która zestawia wysublimowaną kulturę wysoką (śpiew klasyczny) z zatraconą energią śpiewu archaicznego, instynktowego, impulsywnego. Umierający dyrygent, w drodze na – pewnie ostatni – koncert honorujący jego zasługi dla muzyki, przypomina sobie miłość życia: długowłosą śpiewaczkę, która intrygowała go umiejętnościami wokalnymi i odwagą, z jaką odstępowała od chóru, sprzeniewierzając się harmonii wielogłosu. Nigdy nie związał się z kobietą na stałe i nie zrozumiał jej sekretu, którym było ucieleśnione archiwum pierwocin od-zwierzęcego, do-ludzkiego „ja”. Inez ma dostęp do źródeł: paroksyzmów niepokoju, dezorientacji, chaosu doświadczenia, wyłaniania się podmiotowości. Fuentes pomyślał ten (intrygujący antropologów) moment jako trud wyłaniania się jednostkowości w nieznanych dotąd wymiarach czasu i przestrzeni. Przeszywający ból oddzielenia „tam” od „tu” i „teraz” od „kiedyś” i „później” wiąże się z niezgodą na reguły plemienia, oddaleniem od niego, z samotnością. Pojedynczość jest wystąpieniem z utopii plemiennej symbiozy. Dyrygent Fuentesa, funkcjonujący jedynie w obszarze kultury wysokiej, mimo spektakularnych sukcesów, pozostaje nieczuły na archaiczne źródła muzyki Wagnera i Berlioza. Nie ma dostępu do emocji i instynktów ciała. Jest produktem wielowiekowej pracy odsuwania w niepamięć przed-podmiotowości. Nie ma w nim nawet krzty tęsknoty za utopią. Dlatego nie potrafi kochać. Ben J. Riepe w „UUU(topii)” pokazuje, że tymczasowa wspólnota, którą generuje się i podtrzymuje podczas śpiewu archaicznego, jest chwilowym, przechodnim, osadzonym w konkretnej przestrzeni i bezpretensjonalnym powrotem do utopii: harmonii światła, ruchu i dźwięku.


Ben J. Repie Companie, „UUUUU(topia)”
choreografia, projekt przestrzeni, kompozycja dźwięku: Ben J. Riepe
dźwięk: Kerim Karaogl
pokazy w ramach programu Stary Browar Nowy Taniec: Poznan, Stary Browar, 4–5.11.2016


fot. Jakub Wittchen, zdjecie z próby spektaklu

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama




e.CzasKultury.pl

Polityka wykorzystywania plików Cookies, POLITYKA PRYWATNOŚCI:

Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych.
Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe.
Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.

×