Polityka wykorzystywania plików Cookies:
Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych. Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe. Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.
Nowe
08 marca 2017
06 marca 2017
03 lutego 2017
23 stycznia 2017
Podskórny Poznań

...a kraj był...

19 stycznia 2017
Saroo, czyli tam i z powrotem
Michał Piepiórka
czwartek, 15 grudnia 2016
 Film

Na papierze fabuła filmu „Lion. Droga do domu” prezentuje się jak typowy wyciskacz łez. Opowieść o zagubionym hinduskim chłopcu, który nie potrafi odnaleźć drogi do domu i trafia do sierocińca, by zostać następnie adoptowanym przez nowych, australijskich rodziców, trąci tanim sentymentalizmem rodem z Hallmark Channel. Potrzeba nie lada wyczucia i samodyscypliny, by wydobyć z niej różnorodne uczucia, a przy tym nie zostać posądzonym o emocjonalny szantaż. Reżyserowi Garethowi Davisowi udała się ta sztuka, choć poległ na innym polu.

Cały projekt ratuje fakt, że opowieść o małym Saroo, który nieopatrznie zasypia w pociągu wywożącym go 1600 kilometrów od rodzinnej miejscowości, wydarzyła się naprawdę. Scenariusz filmu został oparty na książce Saroo Brierleya, w której wspomina swoją podróż z małego miasteczka w zachodnich Indiach przez Kalkutę do Tasmanii i z powrotem. Rekonstruując losy małego bohatera, Davis zaopatrzył je dodatkowo w kontekst realiów Indii połowy lat 80., pokazując na przykład codzienność hinduskiej biedoty. Nie uczynił tego jednak w celu dodatkowego udramatyzowania losów pochodzącego z niższych warstw Saroo, lecz by uczynić jego historię jeszcze bardziej autentyczną. Skrupulatnie oddane realia małego hinduskiego miasta zostały ponadto skontrastowane z dostatkiem codzienności australijskiej. W ten sposób Davis uczynił historię Saroo mniej jednoznaczną. Przecież, paradoksalnie, dzięki nieszczęsnemu zagubieniu losy chłopca potoczyły się w znacznie lepszym kierunku: trafił do zamożniejszego świata, mógł zaznać dobrobytu, otrzymać dobrą edukację, nauczyć się języka i podjąć popłatną pracę. Kosztem była jednak utrata kontaktu z najbliższymi, których nie mogła zastąpić nawet wyjątkowo ciepła i kochająca australijska para przyszywanych rodziców.

Film składa się z dwóch wyraźnie oddzielonych od siebie części. Pierwsza rozgrywa się w połowie lat 80. w Indiach i skupia się na niefortunnej eskapadzie Saroo pociągiem do Kalkuty. Druga natomiast ma miejsce dwadzieścia pięć lat później i opowiada o dorosłym, mieszkającym na Tasmanii bohaterze, który coraz częściej wraca myślami do rodzinnego domu, matki i rodzeństwa. Te dwie części różnią nie tylko czas i miejsce akcji, ale również poziom. Przewaga wprowadzających fragmentów nad resztą filmu polega na ich konstrukcji dramaturgicznej. Reżyser nie tylko oferuje w nich wgląd w egzotyczną z naszego punktu widzenia rzeczywistość małego bohatera, ale wraz z nim zabiera widzów w niebezpieczną podróż po Indiach. Pierwsza partia filmu ma w sobie coś z nietypowego i szczególnie ponurego kina przygodowego, w którym bohater musi wyruszyć w niebezpieczną drogę, zmierzyć się z przeciwnościami losu i napotkać zarówno złych, jak i prawych ludzi. Historia Saroo jest zwyczajnie ciekawsza niż opowieść o dorosłym bohaterze, który w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że tęskni za swoją rodziną.

Inna sprawa, że Davis najwidoczniej nie miał pomysłu na równie atrakcyjne rozpisanie historii powrotu mężczyzny do rodzinnej miejscowości. Wiele czasu reżyser poświęca kotłującym się w głowie myślom bohatera, który stara się zrekonstruować świat dzieciństwa. Zamiast skupić się na wiarygodnym uzasadnieniu nagłej potrzeby odnalezienia tytułowej „drogi do domu”, Davis zasypuje widzów niepotrzebnymi retrospekcjami, snami i wspomnieniami. Zupełnie niezrozumiałe i nieumotywowane w filmie jest również zachowanie dorosłego Saroo, który w tajemnicy przed adopcyjnymi rodzicami układa plan powrotu do rodzinnej miejscowości. Droga powrotna staje się jego obsesją, która zupełnie niepotrzebnie kosztuje go długoletni związek, pracę i kontakt z australijską rodziną. Czyżby w opowiadanej historii było zbyt mało dramatyzmu? O ile Davis postarał się, by nieprawdopodobna na pierwszy rzut oka historia małego chłopca została przedstawiona w wiarygodny sposób, o tyle nie powiodło mu się pozornie łatwiejsze zadanie – wytłumaczenie zrywu serca dorosłego bohatera.

By odnaleźć rodzinę, bohater musi ustalić, gdzie leży miejscowość, w której się wychował. To trudne zadanie stara się wykonać za pomocą Google Earth, jednak ostatecznie to nie matematyczne obliczenia, cierpliwa kwerenda czy stare dokumenty pomagają mu w znalezieniu upragnionego miejsca na Ziemi, lecz czysty przypadek. Drugiej części filmu, całkowicie opartej na uczuciowym klinczu, w jakim znaleźli się bohaterowie, zwyczajnie brakuje dramaturgii. A to właśnie sekwencje, w których nie dzieje się nic dramatycznego, zostały opowiedziane w najbardziej emocjonalnie rozedrgany sposób.

Davis nie wykorzystał także potencjału zaangażowanych w projekt aktorów. Postać adopcyjnej matki granej przez Nicole Kidman wydaje się wprowadzona do fabuły tylko po to, by dorosły Saroo miał wyrzuty sumienia, poszukując biologicznej rodziny. Reżyser nie dał aktorce szansy na przekonujące wyrażenie kłębiących się w sercu bohaterki uczuć. Jeszcze większym absurdem było zaangażowanie Rooney Mary w roli dziewczyny bohatera, która nie odgrywa w tej historii praktycznie żadnej roli – pojawia się tylko po to, by zostać w pewnym momencie porzuconą. Wydaje się, że została aktorka pojawiła się tu tylko dlatego, by jej nazwisko mogło zostać wyeksponowane na plakacie „Liona…”.

Dość zaskakujący wydaje się także werdykt jury festiwalu Camerimage, który przyznał pierwszą nagrodę operatorowi tego filmu – Greigowi Fraserowi. Trudno coś zarzucić jego zdjęciom, ale nie odznaczają się ona również niczym szczególnie oryginalnym. Cała koncepcja kadrów „Liona…” opiera się na zmianie kolorystycznej tonacji, podkreślającej ciepło rodzinnych Indii i emocjonalny chłód tasmańskiego wybrzeża. Dzięki temu zabiegowi można ponadto odnieść wrażenie, że cały film jest opowiedziany właśnie subtelnymi emocjami, które dopiero w finale skutkują potokiem łez – ale na szczęście nie są one wywoływane filmowymi sztuczkami, lecz za sprawą siły ciążenia samej opowieści, w której cała paleta uczuć targających Saroo, jego biologiczną i adopcyjną matką oraz pozostałych bohaterów tej nietypowej historii odgrywa pierwszoplanową rolę.


„Lion. Droga do domu”
reż. Garth Davis
premiera: 2.12.2016

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama




e.CzasKultury.pl

Polityka wykorzystywania plików Cookies, POLITYKA PRYWATNOŚCI:

Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych.
Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe.
Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.

×