Polityka wykorzystywania plików Cookies:
Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych. Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe. Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.
Nowe
08 marca 2017
06 marca 2017
03 lutego 2017
23 stycznia 2017
Podskórny Poznań

...a kraj był...

19 stycznia 2017
Kiedy byłem małym chłopcem, czyli kał, mocz i sperma w kolorowym świecie kiczu
Maciej Bogdański
poniedziałek, 13 czerwca 2016
 Film

Jak zaczynają się wszystkie współczesne polskie filmy? To proste – sekwencją z logotypami wszystkich sponsorów, którzy wspomogli twórców. Każdy, kto poszedł do kina na „Miasto 44” Jana Komasy, rekordowo drogą jak na polskie warunki produkcję, pamięta na pewno nieznośnie długi blok nazw zaangażowanych budżetowo instytucji, poprzedzający właściwy seans. „Baby Bump” Kuby Czekaja momentalnie wprowadza w świat przedstawiony – napisy początkowe wtłoczone są ironicznie w pierwszą scenę, a po uszach bije mocna elektroniczna muzyka. Nierozerwalnie związanego z rodzimą kinematografią logo Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej nie zobaczymy. Patrząc na krzykliwą, eksperymentalną formułę twórczości początkującego reżysera, rzeczywiście trudno się dziwić, że pieniądze na swój dziwaczny, niejednoznaczny i raczej niszowy projekt artysta zdobył dzięki programowi Collage-Cinema w ramach weneckiego biennale. Po obowiązkowym objeździe przeróżnych światowych festiwali film trafia do szerokiej dystrybucji, wciąż wywołując sporo zamieszania zarówno wśród krytyków, jak i widowni. O co cały ten krzyk?

„Baby Bump” zbiera opinie obrazoburczego, kontrowersyjnego, zrywającego ze skostniałymi formami polskiego kina i podejmującego tematy objęte u nas społecznym tabu. Wywiązuje się dyskusja o zasadności eksperymentacji we współczesnym filmie, konieczności wprowadzenia zmian w systemie finansowania produkcji czy w końcu o potrzebie dopuszczenia do głosu młodego pokolenia. Rzeczywiście, pełnometrażowy debiut Czekaja skutecznie uniemożliwia jakiekolwiek porównania; daleko mu do typowego arthouse’u, współczesnych dokonań kina europejskiego czy jakiejkolwiek gatunkowości, chociaż z każdą z tych konwencji nawiązywana jest tutaj zabawa. Nie można też odmówić twórcy odwagi w portretowaniu trudnego i często wybielanego, zwłaszcza przez film, okresu dojrzewania. W całej dyskusji, jak to często bywa, zdaje się gubić samo dzieło – to, na jakich zasadach ono funkcjonuje, co za sobą niesie i w jaki sposób chce to przedstawić. Najważniejsze pytanie powinno więc brzmieć: czy „Baby Bump” spełnia swoje zadanie jako dokonanie czysto filmowe?

I tutaj odpowiedź nie jest już jednoznaczna. Reżyser opisuje swój twór jako audiowizualny komiks; rodzaj zabawy z formą, który odbiorca ma percypować na nieco innych zasadach niż większość wprowadzanych do dystrybucji pozycji. W odbiorze film wydaje się jednak bliższy konwencji teledysku: dynamicznego, wypełnionego obrazową symboliką i mocnym tłem muzycznym szeregu kadrów powiązanych prostą i wyrazistą fabułą. Główny bohater, zagrany z werwą przez Kacpra Olszewskiego młody chłopak, nazywany dosyć enigmatycznie Mickeyem Housem, musi przejść przez czekające wszystkich piekło dorastania: jego ciało zaczyna się zmieniać, relacja z matką gmatwać, a świat staje się nagle o wiele bardziej skomplikowany. Razem z towarzyszącym mu głosem kreskówkowej myszy, dubbingowanej przez anglojęzyczną aktorkę, bohater stara się dostosować do zmieniającego się otoczenia i zrozumieć nowe dla niego zjawiska. Sama fabuła nie zaskakuje i ważna jest tak naprawdę jedynie na początku i pod koniec seansu – pomiędzy widza pozostawia się z napastliwie powtarzanymi wątkami, które przerabiane wciąż na nowo, mają przedstawić intensywność przeżywania przez Mickeya zmian. Perspektywa dziecka nie pozostaje oczywiście niewinna – cały czas rzucane są niewybredne porównania seksualne, dialogi huczą od przekleństw, a twórcy mają, uzasadnioną w jakiś sposób przyjętą konwencją, obsesję na punkcie różnych wydzielin ludzkiego ciała. Ekstremalna hiperbolizacja kiczu, zwłaszcza na początku, zwyczajnie męczy, ale wydaje się, że taki właśnie jest jej cel – skonfrontowanie widza z powtarzalnością i ogłupiającym efektem popkultury. Jako spojrzenie dziecka na współczesny świat „Baby Bump” sprawdza się więc znakomicie.

Gorzej, gdy chodzi o płynące z seansu wnioski. Film Czekaja wybrzmiewa pewnie i nie trąci fałszem; szkoda jedynie, że w kontekście całości reżyser nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Niektóre sceny trafiają w punkt: szalenie osobiste i smutne wypracowanie z języka angielskiego bohatera zostaje zbanalizowane przez anglistę o zapędach artystycznych, który wyśpiewuje je w całości jako piosenkę bluesową; nadopiekuńcza matka, nieświadoma jeszcze rozpoczynających się u dziecka procesów związanych z dojrzewaniem, pozwala mu oglądać się nago, wprowadzając atmosferę seksualnego niepokoju. Te momenty budują filmowe doświadczenie, czasem wprowadzając nawet możliwość emocjonalnej identyfikacji z bohaterem (co w przypadku tak krzykliwej formy pozostaje ogromną sztuką), ale nie wystarczy ich na półtoragodzinny seans. Dużą część projekcji wypełnia wizualne przepracowywanie stałych motywów, czasami igrające z konwencją i zawsze ciekawe estetycznie, jednak niewprowadzające wiele więcej pod względem samego przekazu. Przez to „Baby Bump” sprawia wrażenie sztucznie rozciągniętego filmu krótkometrażowego, co nie dziwi, skoro reżyser wcześniej tworzył właśnie krótkie formaty.

Pomimo tych wad, „Baby Bump” to przejaw prawdziwej, niespotykanej już oryginalności i odwagi twórczej, nie zważającej na trendy i wymagania dzisiejszej kinematografii. Czekaj z powodzeniem unika największej bolączki kina artystycznego: nie jest pretensjonalny, nie robi wszystkiego na poważnie; bawi się formą i podchodzi do swojej twórczości z dystansem. Równocześnie tworzy też dzieło, które we współczesnej kinematografii (nie tylko polskiej) prezentuje się jako zupełnie oddzielny twór. Krytycy podejmują próbę dopasowania metody reżyserskiej twórcy do konkretnego klucza interpretacyjnego, wymieniając nazwiska pokroju Davida Lyncha czy Michela Gondry’ego, ale wydają się one zupełnie nieprzystawalne do końcowego efektu. To prawdziwie autorskie kino, które niejako przy okazji daje polskiemu kinu małego pstryczka w nos i pokazuje, że rzeczywiście można inaczej – na własnych zasadach, w zgodzie ze swoją wrażliwością artystyczną, dla specyficznej widowni. Jeżeli ten pełnometrażowy debiut wywoła w naszym kraju chociażby małe poruszenie, będzie się czym cieszyć. Takich eksperymentów, mniej czy bardziej udanych, zawsze potrzeba więcej.


„Baby Bump”
reż. Kuba Czekaj
premiera: 3.06.2016

Przeczytaj także rozmowę z Kubą Czekajem.

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama




e.CzasKultury.pl

Polityka wykorzystywania plików Cookies, POLITYKA PRYWATNOŚCI:

Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych.
Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe.
Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.

×