Polityka wykorzystywania plików Cookies:
Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych. Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe. Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.
Nowe
08 marca 2017
06 marca 2017
03 lutego 2017
23 stycznia 2017
Podskórny Poznań

...a kraj był...

19 stycznia 2017
Apokaliptyczna nuda
Michał Piepiórka
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
 Film

„High-Rise” Bena Wheatleya reprezentuje filmowy gatunek zagrożony wyginięciem. Jest spadkobiercą wizyjnej estetyki Federico Felliniego, Stanleya Kubricka, Davida Cronenberga i Terry’ego Gilliama. Takie filmy są już rzadkością: alegoryczne, wizjonerskie, flirtujące z kinem gatunków tylko po to, by je cynicznie wykorzystać i porzucić. Podobnie jak wymienieni mistrzowie, Wheatley wykreował na ekranie autonomiczną rzeczywistość, którą sfotografował w spektakularny sposób. Odmalował świat apokaliptycznego chaosu i anarchii, nad którym jednak nie potrafił zapanować. Ballardowska wizja, którą starał się przełożyć na język wizualny, przytłoczyła go i potraktowała bez litości – tak jak mieszkańców tytułowego wieżowca.

Robert Laing właśnie wprowadził się do nowego mieszkania w potężnym apartamentowcu. Poznaje sąsiadów, udziela się towarzysko, stara się zasymilować. Wraz z nim poznajemy to specyficzne środowisko, w którym nie ustają imprezy napędzane erotycznym podnieceniem i społecznym niezadowoleniem. Spotkania z czasem przeistaczają się w niekontrolowane zamieszki wycelowane w porządek, który rządzi społecznym życiem mieszkańców. Wieżowiec jest urządzony w specyficzny sposób. Zamieszkiwane piętro wyznacza klasową przynależność. Na basenie, w supermarkecie, na klatkach schodowych czy w klubie fitness w aurze wzajemnej odrazy mieszają się społeczne warstwy. Klasa (naj)wyższa stara się separować od mieszkańców niższych pięter. Ci z samego dołu natomiast nie mają zamiaru rezygnować z własnych praw. Wieżowiec – społeczeństwo w pigułce.

Namiętności – to one sprawują władzę w apartamentowcu, a nie zajmujący najwyższe piętro architekt tego przybytku. Zamieszkujące „blok” społeczeństwo wydaje się uczestniczyć w niekończącej się imprezie. Bez względu na to, czy zabawy odbywają się na parterze, w środku wieżowca, czy na jego szczycie, wszystkie podszyte są seksualnym napięciem. Ci z dołu rozładowują je poprzez ciche zdrady i skrzętnie ukrywane gwałty. Warstwy wyższe zadowalają się bezpruderyjnymi orgiami. Zarówno w powieści Ballarda, jak i u Wheatleya metaforyczny status budynku jest oczywisty – symbolizuje chylące się ku upadkowi społeczeństwo klasowe, a także konstytucję ludzkiego organizmu. Te dwie figury – społeczeństwo i ludzkie ciało – wcale nie są od siebie niezależne. Komentowane przez Ballarda społeczeństwo niedalekiej przyszłości posiada swoje ideologiczne proweniencje. Jest spełnieniem projektu nowoczesności, opartego na kapitalistycznym i organicznym porządku. Wyznaczone stanem konta miejsce w hierarchii reguluje społeczną funkcję klasy. Modernistyczne myślenie o społeczeństwie jako ciele stało się podwaliną XX-wiecznych utopii, które zamieniły się w totalitaryzmy – nie bez powodu hitlerowcy posługiwali się organiczną metaforyką, mówiąc o czystym rasowo społeczeństwie. U Ballarda i Wheatleya nie ma dyktatora – jednostki, która byłaby odpowiedzialna za niekorzystny stan rzeczy. Władza jest niewidzialna i rozproszona, realizuje się w projekcie wieżowca. Sposób funkcjonowania społeczeństwa reguluje narzucony, nieświadomie przyjmowany polityczny system. Natomiast ludzkim ciałem sterują psychiczne popędy. Nie bez przyczyny zamieszki przeobrażające się w karnawał przemocy i seksualnego rozpasania wybuchają, gdy w wieżowcu gaśnie światło. Gdy zapada ciemność, budzą się demony.

Te intelektualnie zajmujące rozważania na tematy polityczne i socjologiczne Wheatley zawdzięcza Ballardowi. W jaki sposób przeniósł je na język filmu? Jak pisałem we wstępie, podążył drogą kinematograficznych wizjonerów. Już materiały promocyjne kusiły swoim wysublimowanym designem. Nie inaczej jest z warstwą wizualną filmu. Wheatley nie bał się sięgnąć po slow motion, zintensyfikował barwy, stworzył kalejdoskopową mozaikę nietypowych ujęć, ekscentrycznych ruchów kamery czy frenetycznych układów tanecznych. I na tym poprzestał. „High-Rise” kusi swoją powierzchownością. Wręcz hipnotyzuje, oddziałuje zarówno na naszą fizjologię, jak i poczucie estetyki. Niełatwo oprzeć się tej wizualnie atrakcyjnej wizji końca świata społeczeństwa zachodniego. Ekran wręcz bulgocze inscenizacyjnymi pomysłami i anarchizującą energią. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że to wszystko pozłotko, które skrywa produkt wtórny i bełkotliwy.

Wheatley jest estetą, któremu zależy na precyzji ekranowej wizji. Mogłoby się wydawać, że książkowy materiał jest filmowym samograjem – domagającym się jedynie porządnej adaptacji. Okazało się, że to nie wystarczyło. W „High-Rise” polityczne wątki są albo podawane z subtelnością walenia młotem, albo strywializowane. Z jednej strony, by podkreślić arystokratyczną proweniencję mieszkańców najwyższych pięter, jedna z tamtejszych imprez rozgrywa się w stylu Ludwika XVI, natomiast na drzwiach rewolucyjnie nastawionego reprezentanta klasy niższej musi wisieć obowiązkowy plakat Che Guevary. Z drugiej jednak – Wheatley ograniczył się do eksploracji niekoniecznie subtelnej metafory klasowego społeczeństwa zamkniętego w budynku. Jego wizji zabrakło jakiegokolwiek krytycznego ostrza czy politycznej aktualności. Twórca wyeksponował jedynie to, co w Ballardowskiej wizji najatrakcyjniejsze: ludzkie zezwierzęcenie, klasowe konflikty, seksualne ekscesy i tajemne spiski.

Wysmakowana kinematograficzna konstrukcja przewróciła się również z powodu lichego fundamentu fabularnego. Film składa się z ciągu spektakularnych scen pełnych dzikiej energii, które nie łączą się w spójną i sensowną całość. „High-Rise” brakuje porządnego narracyjnego szkieletu. Co więcej, nie posiada także głównego bohatera. Nie jest nim na pewno Robert Laing grany przez Toma Hiddlestona, bo jego rola w filmie ogranicza się do prezentowania swoich wdzięków i oprowadzenia nas po tej dziwnej rzeczywistości. Nie jest podmiotem aktywnym, a opowiadana historia mogłaby się obyć bez niego, co udowadnia choćby to, że Laing na długo znika z ekranu. Pozostaje dla widzów obojętny, podobnie zresztą jak cała zgraja mieszkańców wieżowca. To sprawia, że zupełnie nie angażujemy się w ich rywalizację o przywileje i prestiż – na dobrą sprawę reżyser nie zadbał nawet o przekonującą motywację ich czynów. Wheatley podczas seansu budzi w nas cynika, który bez emocji przygląda się frenetycznej erupcji brutalności, seksualnej żądzy i społecznych namiętności. Nigdy bym nie pomyślał, że apokalipsa będzie taka nudna.


„High-Rise”

reż. Ben Wheatley

premiera:15.04.2016

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama




e.CzasKultury.pl

Polityka wykorzystywania plików Cookies, POLITYKA PRYWATNOŚCI:

Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych.
Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe.
Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.

×