Polityka wykorzystywania plików Cookies:
Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych. Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe. Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.
Nowe
08 marca 2017
06 marca 2017
03 lutego 2017
23 stycznia 2017
Podskórny Poznań

...a kraj był...

19 stycznia 2017
Bez dramatów
Maciej Bogdański
wtorek, 15 grudnia 2015
 Film

Tegoroczne święta w polskich kinach odbiegają znacząco od typowo familijnej normy. Chociaż większa część widowni pozostanie przy obezwładniającej siłą przebicia nowej odsłonie przygód w bardzo odległej galaktyce, dystrybutorzy uraczyli nas także porcją pozycji alternatywnych. Na ekranach gościł już śmieszno-straszny „Krampus”, a teraz premierę ma pokazywana wcześniej na Warszawskim Festiwalu Filmowym „Mandarynka” – niezależna amerykańska fabuła rozgrywająca się w całości podczas wigilii Bożego Narodzenia. Zamiast przeciętnej chrześcijańskiej rodziny jej bohaterami jest para transseksualnych prostytutek, przemierzających rozświetlone pomarańczowym światłem ulice Los Angeles. W miejsce kolęd wprowadzone zostają szalone elektroniczne rytmy, a humor dla odbiorców w każdym wieku zastąpiony zostaje dialogami niemal w całości podszytymi seksualnymi kontekstami. Gdzieś w głębi tego świata czai się jednak świąteczne ciepło, idealnie wpasowujące się w grudniowe nastroje.

Sean Baker, reżyser mający na swoim koncie ciekawą „Gwiazdeczkę”, nie marnuje czasu. Rozpoczynająca scena dialogowa od razu wyjaśnia nam główne założenie historii. Sin-Dee spędziła miesiąc w więzieniu. Po wyjściu przez przypadek dowiaduje się od swojej najlepszej przyjaciółki, Alexandry, że jej chłopak, a przy okazji także alfons, zdradził ją. Wybuchowa Sin-Dee poprzysięga zemstę. Rzucając przekleństwami na lewo i prawo, wyrusza w podróż po najciemniejszych zakamarkach Miasta Aniołów, aby odnaleźć nieznaną jej rywalkę. Założenie jest proste, historia klarowna. Dobrze przemyślany scenariusz nie przeszkadza w aktorskich improwizacjach, zapewniając za to klasyczną komediową konstrukcję, w której łatwo się odnaleźć. Pozostaje cieszyć się samym doświadczeniem.

A jest się czym cieszyć. Niebezpieczny pomysł obsadzenia naturszczyków w dwóch głównych rolach, na których opiera się cała konstrukcja filmu, sprawdza się znakomicie. Debiutujące na wielkim ekranie Kitana Kiki Rodriguez i Mya Taylor wprowadzają do filmu powiew autentyczności, a ich kreacje umiejętnie odcinają się od estetyki ciążącej w stronę dokumentu. Cokolwiek nie działoby się na ekranie i jakkolwiek ekstremalna nie byłaby sytuacja, zawsze podszyta jest ona dawką humoru, który pozwala na spojrzenie z dystansu, a także większą sympatię wobec postaci. Mocno nasycone i ostro kontrastujące ze sobą kolory świetnie reprezentują rozbuchane osobowości Sin-Dee i Alexandry, odcinając się przy okazji od szarej i do bólu realistycznej estetyki współczesnych produkcji niezależnych.

Zdecydowana przewaga elementów komediowych nie ugrzecznia w żadnym stopniu „Mandarynki”. Świat, w który zostajemy wrzuceni, opiera się na brutalności i egoizmie, ciągłej walce o przetrwanie. Obok scen seksu oralnego w samochodach przeżyjemy wizytę w zlokalizowanym w tanim motelu burdelu i wiele niepozbawionych rękoczynów kłótni. Wplątani w to wszystko bohaterowie, z jednej strony, stają się ofiarami swojego otoczenia, zmuszonymi do egzystencji w nieprzyjaznym świecie, z drugiej – poprzez własne decyzje często sami napędzają spiralę niezrozumienia i przemocy. Moralność w ciemnych uliczkach wielkiego miasta cechuje się jednak własnymi prawami i twórcy ani na chwilę o tym nie zapominają. Nikogo się tutaj nie ocenia, nikogo nie piętnuje. Zarówno prostytutki, jak i korzystający z ich usług mężczyźni mają własne motywacje i cele, a ich postawa często wydaje się bardziej odpowiednia niż nielicznych dostrzegalnych w filmie przedstawicieli „wyższej” klasy.

„Mandarynce” daleko jednak do filmu z tezą. Baker skupia się przede wszystkim na postaciach i konkretnych sytuacjach, nie siląc się na sztuczną obiektywizację. Transseksualność głównych bohaterek stanowi integralną część historii, a wynikające z niej problemy odczytujemy w zgodzie z konwencją całości. Nie ma tu wielkich słów o nierówności i niezrozumieniu; są za to subtelne momenty nieco sentymentalnej refleksji. Snuty równolegle z główną fabułą wątek ormiańskiego taksówkarza o homoseksualnych skłonnościach punktuje myśl, że nasza rzeczywistość wciąż spycha na margines osoby odbiegające od szeroko pojętej „normy”. Koncert Alexandry, jeden z przebłysków próby wyjścia poza brutalną codzienność, nie spotyka się z żadnego rodzaju zainteresowaniem otoczenia. Tak samo jak wszystkie inne postaci, Alexandra wydaje się zamknięta we własnej, narzuconej zewnętrznie konwencji, bez widocznej możliwości jej porzucenia. Popkulturowe odniesienia w dialogach potęgują wrażenie sztuczności wytworzonego przez prostytutki świata oraz potrzeby ucieczki od osobistych, bolesnych doświadczeń. Rzeczywistość nie pozwala jednak na słabość. Sin-Dee podczas swojej wyprawy wciąż słyszy od wszystkich: nie dramatyzuj, nie rób scen, nie przesadzaj. Problemy zostają zepchnięte na dalszy plan, a najważniejsze pozostaje przetrwanie. Tym milsza wydaje się myśl, że nawet w takim świecie może się nawiązać prawdziwa przyjaźń, a ludzie nie zawsze są wobec siebie obojętni. Święta przychodzą – nawet w Los Angeles i nawet dla transseksualnych prostytutek.

Myśl ta nie jest oczywiście rewolucyjna, a widz oczekujący katharsis i jedynego w swoim rodzaju doświadczenia, które obiecują nam materiały promocyjne, wyjdzie z kina zawiedziony. Nawet największy cynik będzie za to pod wrażeniem sposobu wykonania. Baker nakręcił swój film za śmiesznie małą w świecie filmu kwotę 100 tysięcy dolarów. Zaoszczędził między innymi rezygnując z wynajęcia kamer i kręcąc całość trzema iPhonami. Podczas seansu w ogóle się tego nie odczuwa; całość nie dość, że wygląda profesjonalnie, to jeszcze cechuje się bardzo dobrymi zdjęciami i świetnym wyczuciem obrazu. Dzięki temu „Mandarynka” wydaje się idealnym reprezentantem samej idei amerykańskiego kina niezależnego – prostego, taniego i bliskiego rzeczywistości, ale nie wstydzącego się gatunkowej przeszłości. Do tego niegłupiego i nienatarczywego w przekazie. W tym wypadku to w zupełności wystarczy.


„Mandarynka”
reż. Sean Baker
premiera: 11.12.2015

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama




e.CzasKultury.pl

Polityka wykorzystywania plików Cookies, POLITYKA PRYWATNOŚCI:

Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych.
Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe.
Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.

×