Polityka wykorzystywania plików Cookies:
Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych. Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe. Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.
Nowe
08 marca 2017
06 marca 2017
03 lutego 2017
23 stycznia 2017
Podskórny Poznań

...a kraj był...

19 stycznia 2017
Piątka dumań z Pięciu Smaków
Marek Bochniarz
wtorek, 24 listopada 2015
 Film  Festiwale

Piątkę bym najchętniej przybił z organizatorami. Z wrodzonej skromności jednak pozostaje mi ograniczyć się do wydumanych medytacji nad bogatą naturą Festiwalu Pięciu Smaków, który z małej imprezy (ktoś jeszcze pamięta te wietnamskie dzieje?) stał się największym w Polsce filmowym party dla zauroczonych produkcjami azjatyckimi. Rozmiar (nie tylko imprezy, ale i ekranu, a od kilku edycji również sceny koncertowej) zobowiązuje, pięciosmakowa ekipa więc zręcznie lawiruje po niebezpiecznych wodach orientalizujących polskich bajań o Azji, które sprawiły, że nasza publiczność ma o tym „egzotycznym” rejonie wciąż kiełbie we łbie. Otwórzmy zatem tę puszkę Pandory i podziwiajmy kłębiącą się w środku zawartość.

alt

jeden. hongkoński twardziel nie umiera nigdy

Jeśli znamy filmowe zachłysty Johna Woo w zwolnionym tempie, to pamiętamy, jak kompulsywnie i gęsto towarzyszą im gołąbki, przelatujące nam co i rusz przed nosem w drugiej części „Mission: Impossible” (w przyszłych wersjach 5D gołębie kupy zaiste będą generować godny Hongkongu fetor). A niektórzy z nas już kierują z utęsknieniem wzrok na wschód, mierząc sekundy dzielące od europejskiej dystrybucji epickiego „The Crossing” (o ile się to przydarzy). Wyznawcy Woo szczególnym kultem darzą tylko kanon kantońskojęzycznych przedsięwzięć reżysera, które zostały zaserwowane w jedynym słusznym i godnym tego mistrza kina akcji formacie taśmy filmowej 35 milimetrów. Piszę to zupełnie serio – gdy David Bordwell skrobał książkę „Planet Hongkong” o tym, jak w Azji robi się czadowe kino rozrywkowe, to właśnie Woo dedykował on tekst z pogranicza czołobitnych pokłonów i łkań teoretyka, który znalazł inkarnację swoich choćby i najbardziej wydumanych tez.

Drżenie i migotliwość taśmy filmowej w kinie są przeżyciem z pogranicza głębokiej fizjologii i czegoś sakralnego w zlaicyzowanym i mdłym świecie. To wykluczające się zestawienie podsumowuje twórczość Woo, który zestawiał symbolikę chrześcijańską w „Zabójcy” i „Kuli w łeb” z „perwersją” homoseksualności, rytmicznymi eksplozjami i fajerwerkami krwi. A wszystko to w ekspresyjnych, ostrych kolorach, gęstych od detali kompozycjach i z aktorem Chow Yun-fatem, który mrugał, zestresowany wystrzałami ze swoich monstrualnych pistoletów. Gdybym oglądał filmy Johna Woo w kinie domowym, chyba szukałbym ekwiwalentu w postaci taśm VHS. Retrospektywie hongkońskiego twórcy towarzyszyła bezpłatna książeczka wydana przez Fundację Sztuki Arteria – a w niej teksty o mistrzu i wywiad z nim. Woo w wideowprowadzeniu wzdycha ze smutkiem, że nie mógł odwiedził Polski, a lubi nasze kino. Czyżby „Kanał” Wajdy miał na myśli?

alt

dwa: bo to silna kobieta była (wuxia już nigdy nie będzie taka męska)

„Zabójczyni”, na którą tłumnie wybrali się widzowie, reprezentuje stan daleko odbiegający od normy produkcji studyjnych. Oto typowo artystowski reżyser, znany z wielu bardzo nudnych i wysoce ocenianych przez krytykę, „ambitnych” filmów (tu: Hou Hsiao-hsien) nagle chce nakręcić coś gatunkowego, ale po drodze robi wszystko, żeby przełamać schematy, podeptać konwencje i zmaltretować widza, chcącego przybyć na pokaz bardziej tendencyjnego produkcyjniaka, no, a tu wpadł na ostentacyjny pokaz pychy i „poetyckiej maestrii”.

Dodajmy, że po drodze prześladował go pech: reżyser-rzemieślnik nakręciłby dobry film w określonym budżecie i rozsądnym czasie, ale Hou nad projektem „Zabójczyni” medytował, zagarniał kolejne dotacje od rządu, a potem zadręczał aktorów dublami sceny, nakręconej przez jedwabną zasłonę (to nie materiał był jednak kłopotem, a ich kiepskie opanowanie starej wersji języka mandaryńskiego). W świetnej sekcji tajwańskich filmów wuxia (nazwijmy je dla żartu „chińskie mieczowe”) można było obejrzeć jednego dnia „Zabójczynię”, czyli azjatycki skok na międzynarodową publiczność slow movies, ale także starego, lecz wciąż uroczo brutalnego „Wojownika nad wojownikami”, którego nie powstydziłby się użyć Steve Oedekerk, gdyby wreszcie nakręcił „Kung Pow 2” (w pierwszym zdubbingował i przerobił hongkoński klasyk kung fu). „Wojownik...” został wyświetlony z taśmy 35 milimetrów i trzeba przyznać organizatorom, że zmazali oni moją gorzką myśl – jaką snułem parę lat temu, oglądając z brutalnie zjechanej taśmy „Mściciela znad Żółtej Rzeki” w niewielkim kinie – że to już ostatnie tak autentyczne spotkanie z filmem kopanym na dużym ekranie. Oczywiście „Wojownik...” był dla mnie najbardziej wzruszającym momentem imprezy i każdy, kto zobaczy tę historię zemsty, energicznie opowiedzianą i nadźganą pojedynkami jak sernik rodzynkami, będzie kontent.

alt

trzy: nie tylko kopane – kino kobiet z Azji

Miałem pisać (według programu głównej sekcji festiwalu) o kinie kobiet z Japonii, ale w tegorocznej odsłonie znalazło się też miejsce dla sfeminizowanego filmu z Korei Południowej. I tu wypada ulec kolejnej, śliskiej dygresji – lata temu podczas konwentu kultury japońskiej słyszałem wypowiedź członka fandomu mangi/anime twierdzącego, że południowokoreańskie komiksy manhwa są ultra „menskie” i promują wzór twardych jak kamienie facetów. Wzorce postępowania, przyporządkowane płciowo muszą dręczyć policjantkę lesbijkę z „Otwórz mi drzwi”, która po seks skandalu zostaje zesłana na prowincję. A tam czeka ją walka ze zmaskulinizowaną sodomo-gomorrą, znęcaniem się nad nielegalnymi imigrantami, którzy pracują pod czujnym okiem sadystycznych koreańskich nadzorców czy przemocą domową.

Reżyserka July Jung skleiła ni to film LGBT, ni to dramo-thriller psychologiczny, w którym godzi artystyczne zapędy z finezyjną konstrukcją gatunkową. Niestety, to jej debiut pełnometrażowy i trzeba cierpliwie poczekać na więcej. „Kino kobiece” (używam tego określenia z zaznaczeniem, że kuratorka sekcji, Jagoda Murczyńska, przyznała podczas debaty „Gender za kamerą. Kobiety w przemyśle filmowym”, iż nie lubi go) okazało się tak prężne, że to właśnie „0,5 mm” Momoko Andō z konkursowej sekcji „Nowe Kino Azji” zostało nagrodzone przez People’s Jury.

alt

cztery: umierający z przepracowania na Korponocy

Pierwszy prezentowany w historii Pięciu Smaków film 3D podczas maratonu filmów korporacyjnych jest bodajże jedyną produkcją, w której efekt trójwymiarowości został wykorzystany wbrew przyjętym konwencjom robienia „wielkiego kina”. I jeśli „Życie Pi” Anga Lee było wciąż dość typową superprodukcją z niemniej udanym artystycznym zastosowaniem technologii 3D, to „Korporację” Johnnie To zrealizował na bakier wszystkiemu – w konwencji teatru telewizji. Ostentacyjnie podkreślił też to, że wszystko powstało w studiu i przy użyciu tych, samych, adaptowanych dekoracji. Jeśli ktoś ma w pamięci kino gangsterskie To, równie wyjątkowe jak Woo, to musicalowo-scenograficzna „Korporacja” zaskakuje tym bardziej. Oglądanie podstarzałego Chow Yun-fata jako szefa korpo stawia aktora po drugiej stronie barykady w stosunku do ról u Woo, u którego grał romantycznych morderców z honorem. Na biurową sieć intryg i romansów patrzy trochę jak wszechwiedzący, zły władca, grany przez niego niegdyś w „Cesarzowej” Yimou. Chow jako hongkoński bóg biurowców – czy mogło się to ładniej domknąć?

alt

pięć: chłopak na schwał – Indie w wersji bicepsowo-mitycznej

Ostrzyknięty muskułami śmiałek, przenoszący lekką stopą złote posągi z „Bahubali: Początku” to podjęty przez organizatorów odważny skok w bok z kinematografiami Indii, przed którymi dotąd wzbraniali się oni ze zrozumiałych powodów. Najdroższa (póki co) superprodukcja południowoindyjskiego przemysłu filmowego jest chyba najbardziej wstydliwą przyjemnością festiwalu, chyba że w kimś większe drżenie wywołują podrygujące ciała w tajwańskim wuxia.

Niegdyś liczne (a przynajmniej widoczne) grono polskich wyznawców kina indyjskiego znacznie zeszczuplało, a dystrybutorzy uparli się, aby wprowadzać do rodzimej dystrybucji wyłącznie artystowskie przedsięwzięcia pokroju „Smaku curry”, pokazujące Indie od mniej fotogenicznej i bardziej dokumentalnej strony, a za bohaterów obierające mniej imponujące i fotogeniczne postacie. Czy to aby właściwy kierunek? Bynajmniej!

W „Bahubali” popis zdolności głównego bohatera jest tak absurdalnie wszechstronny i wszechwładny, że nabrałem perwersyjnego podejrzenia, czy aby reżyser S.S. Rajamouli nie zadrwił sobie za soczyste miliony z i tak już karykaturalnych herosów kina Indii Południowych, odgrywanych przez wzory cnót obywatelsko-filantropijnych, typu Rajinikanth. Przypominający go, podchodzący nieuchronnie pod czterdziestkę Prabhas gra tu tytułowego, ultramęskiego mordobijcę (z gołymi pięściami mu do twarzy), który łączy w sobie cechy Mojżesza (porzucenie w rzece), Edypa (królewskie dziecię wychowane przez obcych z fiksacją na punkcie pomszczenia ojca) i boskiego Śivy (to zarówno wytrawny konstruktor, jak i potężny destruktor).

Pierwsza połowa filmu nie daje wiele ponad ekspozycyjne elementy historii mitycznej, lecz w drugiej bardzo ciekawie zostaje przerobiony wątek niesławnych gwałtów zbiorowych. Przyszła wybranka herosa zwabia w zasadzkę łakomie śmiejących się wojów (wiadomo, po co ją tak wytrwale gonili po chaszczach), by później samej umoczyć miecz w ich gorących wnętrznościach do spółki ze współbratymcami/współspiskowcami. 

W „Enthiranie” potrzebny był aż superrobot, aby ocalić heroinę przed gwałtem przez grupę podochoconych studentów w kolejce podmiejskiej. Oczywiście Bahubali (dosłownie) od ręki uczy na nowo kobiecości niesforną, wywijającą mieczem Avanthikę, ale ich romans nikogo chyba nie przekona, że bohaterka utraciła coś ze swoich bogatych, kastracyjnych skłonności. Moje zachwyty się tu nie kończą i mógłbym napisać trylion słów, zapełniając nimi granitową płytę dziękczynną dla reżysera. A gdyby seans odbywał się w Indiach, pewnie bym krzyczał wraz z publicznością, rzucając w ekran jedzeniem. Zlitujcie się Smaki, i pokażcie nam za rok ten indyjski wszechrozpierdol XXL 2! Bo moja siostra już płacze i drży, czekając finału jak zlitowania...


9. Festiwal Filmowy Pięć Smaków
Warszawa
12–20.11.2015

Na zdjęciach:
jeden: „Killer”, reż. John Woo, Hongkong 1989
dwa: „Zabójczyni”, reż. Hou Hsiao-Hsien, Tajwan, Chiny, Hongkong 2015
trzy: „Otwórz mi drzwi”, reż. July Jung, Korea Południowa 2014)
cztery: „Korporacja 3D”, reż. Johnnie To, Hongkong, Chiny 2015
pięć: „Bahubali: Początek”, reż. S.S. Rajamouli, Indie 2015

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama




e.CzasKultury.pl

Polityka wykorzystywania plików Cookies, POLITYKA PRYWATNOŚCI:

Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych.
Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe.
Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.

×