Polityka wykorzystywania plików Cookies:
Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych. Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe. Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.
Nowe
08 marca 2017
06 marca 2017
03 lutego 2017
23 stycznia 2017
Podskórny Poznań

...a kraj był...

19 stycznia 2017
Stara krew
Maciej Bogdański
piątek, 30 października 2015
 Film

„W Europie walca tańczy się inaczej” – oznajmia nam z ekranu Tom Hiddleston z bezczelnie brytyjskim akcentem w jednej z początkowych scen nowego filmu Guillermo del Toro, pokrętnie dystrybuowanego u nas jako „Crimson Peak. Wzgórze krwi”. To nieskomplikowany taniec, oparty na prostych ruchach, niewymagający znajomości ogromnej palety kroków. Finezja leży jednak w wykonaniu. Należy zatańczyć go tak gładko i bezszelestnie, aby zapalona świeca w ręku prowadzącego tancerza nie zgasła podczas manewrów. Dalszy przebieg sceny nie jest trudny do przewidzenia: przystojny ulubieniec publiczności prosi do tańca Mię Wasikowską, a na ekranie może zaistnieć nieco nostalgicznej, kinowej magii. Pod efektownym trikiem kryje się całkiem zręczna metafora kina gatunków; równie prostego i pozornie nieskomplikowanego jak walc, ale wymagającego ogromnego talentu i wyczucia formy. Szkoda, że „Crimson Peak” nie jest takim właśnie zręcznym gatunkowym tancerzem – świeca gaśnie mu w ręku jeszcze przed połową występu, a w ostatnim akcie spada z impetem na parkiet, pozostawiając widownię z poczuciem zmarnowanego potencjału.

A przecież wszystko wydaje się na swoim miejscu. Inspirowana gotycką literaturą historia Edith Cushing, która zakochuje się w czarującym Thomasie Sharpie i wyjeżdża z nim do jego zapadającej się posiadłości, gdzie duchy przeszłości zaczynają dochodzić do głosu, a najbardziej niebezpieczne sekrety wychodzą na jaw – to idealny materiał dla twórcy lawirującego między baśnią a horrorem „Kręgosłupa diabła”. Po doświadczeniach z mainstreamowym i zupełnie czystym gatunkowo „Pacific Rim” del Toro znalazł się w idealnym momencie kariery, aby połączyć dziecięce fascynacje z przystępną formą, do tego po raz pierwszy mając do dyspozycji tak wybitną obsadę – u boku wspomnianej pary aktorów występuje tu przecież Jessica Chastain. Co poszło nie tak?

Problemy zaczynają się już na poziomie scenariusza. Nazwiska Mary Shelley i Arthura Conana Doyle’a pojawiają się w pierwszym akcie (a należałoby dodać do nich także Emily Brontë), ustanawiając kontekst opowieści, a ich duch rzeczywiście unosi się nad historią wykorzystującą motywy XIX-wiecznej literatury do niemal parodystycznej przesady. Niczego tu nie brakuje. Dostajemy więc niespokojne duchy szukające sprawiedliwości, zagmatwane i niebezpieczne relacje rodzinne, seksualne fetysze niechybnie prowadzące do zguby i oczywiście wizję romantycznej, niemożliwej i destrukcyjnej miłości. Do tego obowiązkową intrygę i zagadkę do rozwiązania. Podporządkowanie schematom jest jednak tak silne, że film traci jakikolwiek element zaskoczenia. Finał opowieści łatwo przewidzieć, a nadchodzące zwroty fabularne zamiast budować napięcie, wytracają je. Do tego na próżno wypatrywać tutaj jakiejkolwiek psychologicznej głębi, która stanowiła zresztą największą zaletę będącej źródłem inspiracji literatury; żadna z postaci nie ma w sobie potencjału do rozwoju i koniec końców wpada w określony stereotyp, a zbyt utalentowani aktorzy miotają się w scenariuszowych kliszach. Inspiracja zamienia się w ograniczenie, dostojna przeszłość – w skostniałą starość.

Chociaż del Toro wielokrotnie zastrzegał, że „Crimson Peak” nie będzie horrorem, a „romansem gotyckim”, straszy się tutaj widza nad wyraz często. Nie będzie to zaskoczeniem dla widzów zapoznanych z przeszłością reżysera, zaskakuje za to nieudolność, z jaką owe straszenie jest egzekwowane. Na próżno szukać tutaj czegoś więcej niż nad wyraz przewidywalnych duchów wyskakujących na nas z ciemniejszych części kadru, kiedy narastająca muzyka nagle zamiera na sekundę. Nawet wygląd przybyszów z zaświatów wydaje się bardziej komiczny niż straszny, co dla twórcy odpowiedzialnego za niezapomnianego Bladego Mężczyznę z „Labiryntu Fauna” stanowi niewybaczalny grzech. Wprawdzie jak zawsze u del Toro to raczej świat żywych ma stanowić zagrożenie, to jednak napięcia nie ma tutaj za grosz. Krew leje się gęsto, postacie obracają się przeciwko sobie, konflikt wydaje się nabierać mocy, ale jednowymiarowość i dystans, z jakim twórcy podchodzą do przedstawionego świata, wykluczają zaangażowanie. Mieszanka konwencji stanowi raczej pusty trik niż podkreślenie drzemiących w historii kontekstów – chociaż czuć, że nie jest to proste eksploatowanie gatunku w celach komercyjnych, a rzeczywista fascynacja, del Toro nie wydaje się przekonany, iż gotyk w czystej postaci może jeszcze zadowolić widownię. „Crimson Peak” stoi więc w dziwacznym rozkroku pomiędzy chęcią wykreowania na ekranie poczucia obcowania z adaptacją XIX-wiecznej literatury a dystansem wobec jej głównych założeń.

Naiwność fabuły nie pozwala nawet cieszyć się największą zaletą filmu, czyli dopracowaną formą wizualną. Charakterystyczne, bardzo silne kontrasty kolorystyczne wysunięte są tutaj na pierwszy plan, a mocno nasycona czerwień krwi z biegiem czasu coraz bardziej zalewa ekran. Ogromne wrażenie robi także wystrój samej posiadłości, otwarcie odwołujący się do wielu klasycznych nawiedzonych domów; wypełniony ciasnymi korytarzami, gotycką scenografią i ciemnymi zakamarkami dwór to spełnienie marzeń fana horrorów. Tym bardziej razi częste wykorzystywanie cyfrowych efektów specjalnych, które wcale nie są najwyższych lotów i potrafią zniszczyć misternie budowany klimat.

„Crimson Peak” to prawdziwe szczęście w nieszczęściu. Z jednej strony, mocno odcina się od nurtu nowych horrorów, z found footage na czele, przez co może się wydawać nadzieją dla kinomanów nostalgiczne wspominających prostotę dawnych opowieści o duchach. Z drugiej – pod atrakcyjną formą kryją się przewidywalne zwroty fabularne i wyświechtane sposoby straszenia. Najgorsze jest jednak to, że przez znakomite zdjęcia i specyficzny klimat ani na chwilę nie zapominamy, że oglądamy nowy film Guillermo del Toro. Wszystkie zalety giną w ogólnym poczuciu niedosytu, a na pierwszy plan wychodzi przeciętność. Dla twórcy zaś, który póki co nie miał na koncie poważnej wpadki, przeciętność stanowi najgorszy grzech. Grzech, którego nie potrafi wynagrodzić żadna ilość ekranowej krwi.


„Crimson Peak. Wzgórze krwi”
reż. Guillermo del Toro
premiera: 23.10.2015

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama




e.CzasKultury.pl

Polityka wykorzystywania plików Cookies, POLITYKA PRYWATNOŚCI:

Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych.
Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe.
Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.

×