Polityka wykorzystywania plików Cookies:
Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych. Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe. Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.
Nowe
08 marca 2017
06 marca 2017
03 lutego 2017
23 stycznia 2017
Podskórny Poznań

...a kraj był...

19 stycznia 2017
I Love You All
Marek Bochniarz
wtorek, 15 lipca 2014
 Film

Dziś filmy rzadko angażują emocjonalnie. Zblazowani autorzy bawią się cytatami, postmodernistycznymi grami, a my – trochę już tym znudzeni – odcyfrowujemy kody, obezwładnieni siłą inercji. Niektórzy wybierają ciekawą nudę slow movies i celebrują piękne chwile. W przypadku „Franka” nie da ani delektować poszczególnymi scenami, ani tym bardziej wziąć je pod lupę, by ocenić chłodnym okiem konsumenta.

Miłośnicy dziwnej muzyki w postaci głównego bohatera rozpoznają hołd dla Chrisa Sieveya i jego scenicznego alter ego, Franka Sidebottoma. Te dwie historie – prawdziwego i fikcyjnego Franka (cóż, w zasadzie obaj są fikcyjni) – dzieli jednak wszystko. Losy zespołu Sieveya Oh Blimey Big Band, o którym dla „The Guardian” pisał były klawiszowiec kapeli Jon Ronson, to krótka sława zdobyta w latach 80. dzięki ekscentrycznemu wizerunkowi, a zwłaszcza komizmowi towarzyszącemu fatalnie wykonywanym coverom klasyków muzyki pop. Oczywiście gdy Sievey zdecydował się radykalnie zmienić wizerunek i zaprezentował zdezorientowanym fanom technicznie „udoskonaloną” muzykę, ci nie byli zachwyceni.

W przypadku „Franka” rzecz ma się odwrotnie. Uwiązany do smartfona i internetowego życia (w postaci pieczołowicie hodowanego Twittera wraz ze skromniutką grupą followersów) Jon przypadkiem poznaje zupełnie nieznany zespół Soronprfbs w momencie, gdy ich klawiszowca dopada nagły atak szaleństwa. Nasz bohater umie grać i oferuje pomoc. I choć pierwszy koncert kończy się dość pechowo, filmowy Frank decyduje się zaprosić Jona do Irlandii, gdzie zespół zamierza nagrywać album.

Jon szczerze ufa złudzeniu, że sztuki można się nauczyć, a artystą zostać w taki sposób, w jaki inni szkolą się na inżynierów czy spawaczy. Choć świetnie sprawdza się jako android za biurkiem w anonimowym biurze przekładania papierów, to mu nie wystarcza. Ten bezwstydny łakomczuch nie chce dłużej być kserokopiarką, chce zostać twórcą! W swojej naiwności przypomina innego niespełnionego, angielskiego artystę – Adriana Mole’a, bohatera i narratora książek Sue Townsend, który pisał i pisał, by zostać pisarzem. Jon więc gra i gra z tępym uporem zombie, lecz w środku przypomina swojego smartfona czy laptopa, a przy tym brak mu choćby odrobiny talentu. Jego aktywność muzyczna i internetowa doskonale się dopełniają – w obu przypadkach tautologicznie opisuje otaczający go świat angielskiej prowincji.

Gdy Jon trafia wraz ze Soronprfbs do leśnej głuszy, zaczyna filmować przy pracy swoją nową, muzyczną rodzinę (która, z wyjątkiem lidera, szczerze nienawidzi rażącej przeciętności nowego klawiszowca), a materiały wrzuca do sieci. Wieczorami opisuje ich codzienne męki nad albumem. Frank ma dość nietypowe metody pracy, a pozostali członkowie zespołu są także ekscentrycznymi ludźmi, dzięki czemu stale rosnąca internetowa grupa followersów ma wiele powodów, by śledzić losy Soronprfbs. Liczba twitterowych fanów przekłada się z czasem na rzeczywiste propozycje w świecie muzyki. Im bliżej zaskakującego finału, tym bardziej Jon poddaje się swojej ograniczonej wizji przyszłości Soronprfbs. Nie słucha przestróg i nie odczytuje sygnałów, jest za to wytrwały. Gdyby zamiast muzyki wybrał sport, być może zostałby dobrym pływakiem albo biegaczem długodystansowym.

Reżyser Lenny Abrahamson pokazuje, dokąd dobre intencje i szczery zapał, wyniesione z motywujących do działania, internetowych kursów wideo i lekcji coachingu, mogą zaprowadzić pokolenie sprzęgniętych z siecią pracowników biurowych – jeśli ci będą dostatecznie wytrwale pokonywać kolejne, piętrzące się po drodze przeszkody.

W moim tekście umyka mi jednak tajemnica „Franka” – siła obecnej w nim muzyki (kompozytora Stephena Rennicksa trzeba uznać za równoprawnego autora filmu). A przecież można by napisać o tym, jak Abrahamson próbuje opowiedzieć alternatywną historię – być może zupełnie innego zespołu, na przykład Pink Floyd? Niestety, ja również jestem pewnego rodzaju pracownikiem biurowym i szczerze uważam, że najlepiej po prostu osobiście udać się do kina.


„Frank”
reż. Lenny Abrahamson
prem. 11.07.2014

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama


Reklama




e.CzasKultury.pl

Polityka wykorzystywania plików Cookies, POLITYKA PRYWATNOŚCI:

Informujemy, iż strona wykorzystuje pliki cookies w celach tworzenia statystyk i informacyjnych.
Cookies nie są szkodliwe dla komputera ani dla użytkownika i jego danych. Zawartość plików cookies nie pozwala na identyfikację użytkownika. Za pomocą plików cookies nie są przetwarzane lub przechowywane dane osobowe.
Korzystanie z cookies jest możliwe poprzez ich akceptację przez przeglądarkę i nie usuwanie ich z dysku. Można zablokować pliki cookies poprzez zmianę ustawień domyślnych swojej przeglądarki, pozostawienie ustawień domyślnych, powoduje, wyrażenie zgody użytkownika do stosowania plików cookies.

×